„Wiosenne toki”

990

Początek lat sześćdziesiątych, druga połowa marca. Janek Włodkowski przekazał informację Frankowi, łowczemu K.Ł. Nr 1 w Łomży żeby przyjeżdżać na polowanie na cietrzewie. Budki ustawione, cietrzewie tokują. Umówiłem się z Zygmuntem, że pojedziemy razem a Franek dojedzie do nas wieczorem. Wyruszyliśmy z Łomży rowerami popołudniową porą. Na miejsce do wsi Włodki-Przebudówka dotarliśmy tuż przed wieczorem. Gospodarze już czekali na nas. Niebawem dojechał motocyklem Franciszek. Podczas kolacji wysłuchaliśmy relacjai Janka o tym co się dzieje w łowisku, gdzie dobrze tokują cietrzewie, gdzie są ustawione sosnowe budki i ustaliliśmy strategię na poranne polowanie. Obfita kolacja, gościnność gospodarzy no i nalewki spowodowały, że czas mijał nadzwyczaj szybko, robiło się późno a rano zaplanowana pobudka. Poszedłem spać jako pierwszy, pozostawiając kolegów przy stole.

Rano towarzysze „po strzelbie” spali jak zabici. Nie pozostawało mi nic innego jak samemu wybrać się w rejon zaplanowanego polowania. Teren znałem doskonale, po ciemku zasiadłem do jednej z przygotowanych czatowni. Usadowiłem się na stołku, broń-automat śrutowy kalibru 12 marki Browning załadowałem pięcioma patronami. Czekam na brzask i pierwsze odgłosy czarnych rycerzy. Tymczasem zamiast bulgotania cietrzewi usłyszałem nadlatujące gęsi. Były coraz bliżej, krążyły mi nad głową i poczęły siadać na pobliskie rozlewisko Narwi. Okazja niebywała, pierwsza gęś już spada, oddaję kolejne strzały. Gąski spadają i nadlatują kolejne. Nie nadążam ładować automatu, patrony mi się kończą na szczęście i gęsi się skończyły. Uspokoiło się, opuszczam budkę i zbieram najbliższe 6 gąsek, resztę zostawię dla kolegów. Zmęczony ale bardzo szczęśliwy wracam do obejścia gospodarza. Towarzysze łowów już mnie widzą obwieszonego gęsiami. Wielka radość i mnóstwo pytań z ich strony. Franka i Zygmunta wysyłam po resztę strzelonych agęsi, przynoszą jeszcze dziesięć. Żona Janka, jego matka i sąsiadki już przystąpiły do skubania pióra. Jest wesoło, po pewnym czasie gąski już się duszą. Pamiętam duży wylewany, żeliwny garnek z gęsiną i drugi taki z gotowanymi kartoflami już stoją na stole. Wszyscy siadamy do obiadu. Gęsina smakuje wybornie, aż grzech jej nie zapić. Po tak obfitym obiedzie już nie chciało nam się polować wieczorem na gęsi. Zostaliśmy na poranne polowanie na tokowiskach. Rankiem zasiedliśmy we trzech w ustawionych szałasach, koguciki tokowały ale tylko mnie udało się jednego strzelić. Koledzy wrócili z polowania bez strzału. Smak gęsiny i atmosferę polowania pamiętam do dnia dzisiejszego.

Opowiadał Szymon Tolzdorf lat 86, gęsinę z Szymonem spożywali myśliwi: Jan Włodkowski, Zygmunt Pawelczyk i Franciszek Witkowski a wysłuchał i spisał w dniu 09 06 2016r Andrzej Rumiński.