„Przedświąteczne polowanie”

2154

Moje, już dosyć długie myśliwskie życie zawsze naznaczone było polowaniem z psem myśliwskim. Nie pamiętam już czy pierwsza była strzelba czy pies myśliwski. Od początku polowania uważałem, że myśliwy bez psa nie jest w stanie zrozumieć całej kwintesencji prawdziwego polowania. Zawsze też byłem przekonany (co z upływem czasu potwierdzało życie) do psa o wiadomym pochodzeniu i posiadającym rodziców sprawdzonych użytkowo. Mierzyłem bardzo wysoko i mój pierwszy pies rasy foksterier krótkowłosy (DŻEK Prima Sorte) pochodził od znanego w kraju hodowcy a ojcem jego był najlepszy w tamtym czasie w kraju norowiec i dzikarz SOKOLIK Kawalkada. Pies wychowany przeze mnie w warunkach domowych od początku wykazywał ponadprzeciętne zdolności do współpracy ze mną i polowania w każdych warunkach. Ponadprzeciętna pasja tego psa do pracy na farbie oraz na zwierzynie czasami powodowała „konflikty” miedzy nami, kiedy to ja już chciałem wracać do domu a jemu jeszcze było mało, ale to wszystko było „wynagradzane” dla mnie jego nadzwyczajnym nosem. Chciałbym opisać jedno z wielu moich polowań nocnych w których główną rolę grał mój najlepszy pies, z którym polowaliśmy około dziesięciu lat. On polował a ja tylko w tym uczestniczyłem. W grudniowy przedświąteczny wieczór (23 grudnia) postanowiłem pojechać na szybkie polowanie. Nęcisko w lesie w pobliżu miejscowości Motyka na które od kilku dni „zaglądał” pojedynek a przy którym jesienią zbudowałem z jednym z kolegów, prowizoryczną ambonkę na drzewie, gwarantowało pozyskanie dzika. Temperatura tak około –10 stopni i kilkunastu centymetrowa okrywa śniegu umożliwiała polowanie bez księżyca. Wyjazd po obiedzie „samochodem” na tamte czasy najlepszym myśliwskim czyli Fiatem 126 p i zniecierpliwionym Dżekiem, zapowiadał się bardzo obiecująco. Po około godzinnym oczekiwaniu „siedząc” na desce szerokości ok. 10 cm miedzy gałęziami karłowatej sosny, na nęcisku pojawił się dzik. Wydawał się ładnym wycinkiem dla którego nęciskowe smakołyki: owies, pszenica, ziemniaki, resztki chleba (kukurydzy wtedy nie było) przypadły widać do gustu, bo od kilku dni dożywiał się na moim nęcisku. Po kilku minutach obserwacji dzika zdecydowałem się na zakończenie uczty i po daniu boku oddałem strzał z posiadanej wówczas kniejówki z kulą w kalibrze 7×57 R. Dzik zaznaczył strzał a mnie w uszach zabrzmiało bach, pach. Strzał był przyjęty a dzik zniknął w lesie. Kilkuminutowe oczekiwanie i sprawdzenie zestrzału. Jest obfita farba i na resztkach ogrodzenia z drutu kolczastego, znalazłem kawałek śledziony. Dalej wg utartego schematu polowania z ułożonym psem. Moja robota została wykonana i teraz do akcji wkraczał on, mój „pomagier”. W samochodzie oddalonym około 300 m czekał w największym napięciu Dżeki, bo na pewno strzał musiał usłyszeć i już wiedział w czym rzecz. Podjazd samochodem w pobliże nęciska i wypuszczenie napierającego na drzwi psa. Natychmiast znalazł się na nęcisku i błyskawicznie podjął trop po obfitej farbie. Po takim sfarbowanym tropie na śniegu pewnie sam bym dzika doszedł. Ale nie takie to proste jak do tej pory wyglądało. Po kilku minutach, które wydawały się wiecznością, słyszę głoszenie. Oceniam to na ok. 500 – 600 m a znajdując po drodze na resztkach ogrodzenia z druty kolczastego, kawałki śledziony dzika, dochodzę do wniosku, iż popełniłem zasadniczy błąd zbyt szybko podejmując dochodzenie postrzałka. Idąc po sfarbowanym tropie na głos psa w jednym miejscu zakładam, a nawet wiem, iż dzik jest żywy i koniecznie trzeba go jak najszybciej dostrzelić. Jednak dzik słysząc moje głośne zbliżanie po skrzypiącym śniegu podejmuje próbę ucieczki i po chwili znów oszczekiwanie w jednym miejscu. Znowu podchód i sytuacja się powtarza. Za którymś razem dzik przechodzi za granicę obwodu i wchodzi na teren OHZ Elżbiecin, który był wtedy w zarządzaniu ZG PZŁ w Warszawie. Decyduję się na kontynuację dochodzenia postrzałka już naprawdę tylko ze względu na psa, który pod żadnym pozorem nie zostawiłby rannego dzika. Wiem na pewno, iż muszę dojść i dostrzelić dzika. Sytuacje się powtarzają kilkakrotnie, podchodzę na głos głoszącego psa, widzę już momentami dzika ale oddanie strzału jest niemożliwe. Cały czas oddalamy się od granicy naszego obwodu wchodząc w teren na którym nigdy wcześniej nie byłem i którego kompletnie nie znam. Po przeszło czterech godzinach kluczenia po lesie i „walki” dzika z psem, wyraźnie dzik słabnie i daje się podejść coraz bliżej. W pewnym momencie podchodzę na ok. 4 m do dzika siedzącego pod jałowcem, pies odskakuje na bok i oddaję strzał łaski. Oględziny tuszy dzika wskazują na postrzał na spóźnioną komorę i strzał jednak na lekki kulawy sztych. Po około pięciu godzinach walki dzik wycinek, którego oceniłem na ok. 80 kg zostaje dostrzelony i teraz zaczyna się trochę mniej przyjemna część tego nocnego spektaklu. Dostrzelony dzik na terenie kompletnie mi nie znanym, nie wiem jak wrócić i w którą stronę iść do samochodu. Zdejmuję kurtkę zimową i patroszę dzika myśląc o tym jak dojść do samochodu i potem wrócić po dzika bo przecież trudno go zostawić. Kurtka przemoczona potem, byłem kompletnie przepocony po tylu godzinach podchodzenie po lesie w głębokim miejscami śniegu, zawieszona na jałowcu w czasie patroszenia dzika kompletnie zesztywniała i nie dała się ubrać. Po wypatroszeniu dzika zabieram „sztywną” kurtkę, psa na pasek od broni (smycz została w samochodzie bo to miało być szybkie dojście dzika) i idę w stronę przesieki, która wydawała się końcem lasu. Po ok. 150 metrach dochodzę do pola i zastanawiam się w którą stronę iść bo nie widzę żadnych świateł. Jedynym wskaźnikiem dla mnie była łuna świetlna na horyzoncie, która wydawała się dla mnie łuną nad Łomżą. Założenie jest proste, dojść do jakiejś wsi a dalej to już powinno być dobrze. Oczywiście na śniegu wykonuję strzałki kierunkowe, żeby łatwiej trafić po dzika. Po około kilometrowym marszu przez zaśnieżone pole dostrzegam światła i natrafiam na polną drogę w tym kierunku. Dochodzę do wsi polną drogą wchodząc między zabudowania, ale nie mam pojęcia jaka to wieś i w jakim mam iść kierunku. Po jakimś czasie mijam się z idącymi trzema osobami i myślę czy na widok mój z psem na pasku od broni, bronią złamaną w ręku i sztywną kurtką zechcą mi udzielić informacji. Pytam się wprost, jaka to wieś? Wyobrażam sobie co pomyśleli ci ludzie o napotkanym człowieku tak wyglądającym i z psem na pasku od broni. Omijając mnie dużym łukiem udzielają mi informacji, iż jestem w Poniacie. Słyszałem wcześniej, że jest gdzieś w pobliżu terenu na którym już kilka lat polowałem , taka wieś i że ma przydomek „saganowo”. Nigdy nie wnikałem dlaczego ale tak słyszałem od kolegów myśliwych. Taka informacja była dla mnie zbawienna. Znajdowałem się około 3 km od pozostawionego w pobliżu Motyki samochodu. Przyspieszenie kroku i po ok. 50 minutach jestem przy „samochodzie”. Przepocony całkowicie ale już szczęśliwy. I tylko jedna myśl w głowie. Muszę wrócić po dzika. Jadę drogą do Poniatu od strony Jeziorka, odnajduję drogę z pola którą przyszedłem i próbuję jechać po zostawionych znakach na śniegu. Droga całkowicie nie użytkowana bez śladów jakichkolwiek pojazdów a tylko głębokie koleiny po ciągnikach. Po grzbietach kolein próbuję jechać mając świadomość, iż jak spadnę to jestem „ugotowany”. Samochód będzie powieszony i finał jazdy. Ale szczęśliwie udaje mi się pokonać najgorszy odcinek tragicznej gruntowej drogi i po nie długim czasie jestem przy dziku. Oczywiście tusza już wystygła i mocno zesztywniała. Powstaje nie lada dylemat: jak załadować dzika o wadze ok. 80 kg, zesztywniałego do bagażnika Fiata 126 p. Ale byłem wtedy jeszcze młody i musiałem sobie poradzić, takie były wtedy realia. Nie było wtedy komórek i nie można było zadzwonić po pomoc. Z wielkim trudem, nadużywając na pewno swojego kręgosłupa, udaje mi się włożyć dzika do bagażnika ale oczywiście o zamknięciu klapy nie było mowy. Nie obyło się bez strat. Ładując dzika oberwałem zbiorniczek z płynem wyrównawczym układu hamulcowego. Na szczęście w porę się zorientowałem i po przywiązaniu zbiorniczka będącym na „wyposażeniu” drutem wiązałkowym, mogłem wyruszyć w drogę powrotną, niestety tą samą drogą. Do dzisiaj mam wrażenie, iż Święty Hubert miał mnie jednak w opiece i prowadził mnie po skoleinowanej drodze. Widoczność miałem bardzo ograniczoną przez wystającą klapę bagażnika. Siedziałem w fotelu samochodu z szyją maksymalnie wyciągniętą a prześwit w szybie przedniej wynosił tak ok. 25 cm ponad klapą. Oczywiście dzika trzeba było zawieźć na skup bo w tamtych czasach dziki musiały być dostarczane do punktu skupu. Na użytek własny koła mógł być zabrany tylko co piąty dzik, czyli 20% pozyskiwanych dzików. I znów prowadzony chyba przez naszego patrona, po przejechaniu przez całe miasto, dotarłem na ulicę Żabią w Łomży, gdzie mieścił się punkt skupu firmy Las Olsztyn. Pan skupowy przebudzony niespodziewanie ze snu o pierwszej w nocy marudząc pod nosem przyjął tuszę dzika i zapisał w zeszycie 88 kg. Po dokonaniu formalności u Pana skupowego w ekspresowym tempie pojechałem do ciepłego wymarzonego domu. Zbliżała się godzina druga a rano o godzinie siódmej zbiórka na polowanie wigilijne na Placu Pocztowym. Polowanie wigilijne na zające na którym „nie wypadało” nie być. Byłem na polowaniu wigilijnym, strzeliłem zająca i w wigilijne popołudnie około godziny czternastej zgłosiłem swojej rodzinie gotowość do wigilii. Tak zakończyło się moje przedświąteczne polowanie, po którym rozpoczęła się moja prawdziwa gechenna i pokuta. Dochodzenie postrzałka w warunkach naprawdę zimowych przy niskiej temperaturze i śniegu oraz ponad moje siły wysiłek przy transporcie dzika, spowodowały iż „złapałem” obustronne zapalenie płuc. Na moją zdecydowaną prośbę domowa kuracja „peńcylinowa” trwała około jednego miesiąca. Najbardziej poszkodowany był mój pies bo przecież ponad miesiąc nie był na polowaniu, nie był w lesie.

Darz Bór
Stanisław Purcel