Polowanie w zimowy, lutowy wieczór przy kilkucentymetrowej okrywie śniegu było dla mnie czymś oczywistym i w tym dniu planowałem od południa wyjazd do łowiska. Była już trzecia noc po pełni księżyca, więc najlepszą porą na wyjazd na nocne polowanie na dziki był późny wieczór i noc. Tego wieczoru spędzać samotnie w mieszkaniu nie mogłem więc przygotowania trwały już od powrotu z pracy. Polowanie w tym dniu byłoby jednym z wielu, zimowe księżycowe noce spędzałem przeważnie w łowisku. Ale to polowanie pozostanie w mojej pamięci do końca mojego myśliwskiego życia. Początek polowania raczej nie zapowiadał nic niezwykłego, ale po kolei …… Cały ekwipunek jak na nocne polowanie przy ujemnych temperaturach, plecak z ciepłą herbatką i zasiadka na ambonie w lesie Jeziorkowskim na naszym najbardziej „dziczym” obwodzie. Ambona zlokalizowana na poletku na „łowczego polu” z przygotowanym dostatnio nęciskiem. Ok. godziny 21 30 jestem na ambonie, ocieplonej lekko od środka wykładziną. Do odstrzału jeszcze kilka dzików i lutowa pełnia dawała duże możliwości realizacji planu pozyskania dzików. Tej nocy widoczność doskonała przy małej pokrywie śnieżnej. Jedynym mankamentem był dość silny, wiejący w boczne okienko ambony wiatr. Ale dla myśliwego to nie jest przeszkoda, jak mówią myśliwi pogoda może być dobra lub bardzo dobra. I oczekiwanie oraz nasłuchiwanie, które jednak utrudniał wiejący wiatr. Około godziny 0:15 pojawia się pojedynczy dzik, po sylwetce wyglądający na odyńca-wycinka, albo może lochę np. odłączoną od warchlaków /choć chyba jeszcze nie pora/. Obserwacja żerującego na nęcisku dzika przy dobrej widoczności ok.15 minut, pozwoliła na 100 procentowe rozpoznanie i podejmuję decyzję o odstrzale dzika. Po strzale komorowym, na odległość 60 m do stojącego na blat dzika, wyraźnie słyszanym przyjęciem, z zaznaczonym wyraźnie potknięciem dzik uchodzi do lasu. Słychać w lesie spisywanie testamentu. Jest dobrze, regulaminowe odczekanie kilka minut i sprawdzenie zestrzału. Wszystko ok, jest wyraźna farba i po 40 metrach dzik leży.
I w tym momencie przychodzi refleksja, dlaczego nie mam swojej gończej- 1,5 rocznej suczki. Pozostawiam dzika ( jest ok. godz. pierwszej w nocy ) i decyduje się na wyjazd do domu po psa. Z łowiska ok.15 km nocnej jazdy, spokój tylko trochę ślisko na drodze. Po ok. 40 minutach powrót z suczką w samochodzie, niech „dojdzie” strzelonego dzika. Dalej rutynowo, podjeżdżam ok. 50 m do ambony. Po odciążeniu ze zbędnego do patroszenia dzika ubrania, wypuszczam sukę żeby troczę pobiegała a po chwili z przygotowanym nożem idę na poletko. Plan był prosty, suka na otoku ma doprowadzić do leżącego w lesie dzika. Suczka na otok i idziemy na zestrzał.
I w momencie kiedy dochodzę do poletka i stojącej na jego skraju ambony, oczom własnym nie mogę uwierzyć. Konsternacja i szok, widzę na rozniesionym nęcisku dużą wataszkę ok.15 dzików, po wielkości oceniam warchlaków /nie widziałem dużego dzika /. Podchodzę jeszcze ok. 20 m i nonszalancko decyduję: puszczam sukę niech ma trochę „przyjemności”. Dziki już sobie w międzyczasie padły. Chodziło mi głównie o zobaczenie reakcji młodej, nie doświadczonej suki przy takiej watasze dzików, gdyż było to dla niej tak naprawdę pierwsze spotkanie z żywymi dzikami w łowisku /odnajdywała martwe strzelone dziki w sytuacji jak ta, kiedy ja wiedziałem, że dzik leży/. Była kilkakrotnie w zagrodzie dziczej, ale raczej dzikarza z niej nie będzie. I to, co dalej się działo, przeszło moje dotychczasowe wyobrażenie o dzikach. Myśliwi wiedzą jakie dziki są ostrożne i ile trzeba zachodu aby skutecznie dały się podejść na nęcisku. Wiatr był co prawda boczny ale przyjazd tak blisko samochodem, włączenie głośne alarmu, przywoływanie psa i normalny podchód nie zrobiły na dzikach żadnego wrażenia. Suczka chaotycznie namierzyła dziki i oszczekuje je z bliskiej odległości. Dziki, które najwyraźniej ją tolerują, żerują na nęcisku. Ja jak osłupiały stoję i obserwuję zachowanie psa. Oczywiście jestem bez broni, która została w samochodzie. I decyduję się podchodzić do dzików, będąc przekonany o ich rychłej ucieczce. Idąc wolno do dzików obserwuję zachowanie dzików, liczę kolejno i stwierdzam, że są to wyłącznie warchlaki, dokładnie 14 szt. raczej wyrośnięte o wadze ok. 25-30 kg. Dochodzę na odległość ok. 5-6 m do dzików, a one sobie nic z tego nie robiąc, żerują intensywnie. Co jakiś czas któryś warchlak pogoni „natrętną” suczkę, która uciekając, chowa się za mnie. Warchlak mija mnie o 2 m i wraca do „koryta”. Byłem tak zszokowany tym, co się wokół mnie działo, trwało to kilka minut a ja po prostu oszołomiony sytuacją stałem jak słup, nie wiedząc co robić /broń została przecież w samochodzie/. I podejmuję decyzję, wracam do samochodu, będąc przekonany o tym, ze dziki za chwilę uciekną. Ale nic podobnego, schodząc już z poletka widzę dziki w dalszym ciągu żerujące na nęcisku. Niestety suczka pozostawia dziki i wraca ze mną do samochodu.
Postanawiam bez przekonania, że zamknę suczkę w samochodzie i spróbuję podejść dziki a jak się uda odstrzelić jednego z nich / „ukarać” za brak ostrożności i pazerność na kukurydzę/. Głośno otwieram samochód, przywołuję suczkę i głosem dając komendę „wskakuj do samochodu” zabieram sztucer i po zamknięciu samochodu wychodzę na poletko do ambony. Ku mojemu zdumieniu dziki w dalszym ciągu spokojnie sycą się kukurydzą. Ładuje jeden nabój do komory nabojowej i opierając się o nogę ambony strzelam do stojącego z boku warchlaka. Samochód stał w linii prostej ok.80 m od dzików. Odgłos wyraźnie wskazuje na strzał trafiony, słyszę wyraźnie bach, pach. Dziki bardzo wolno „schodzą” z pola do lasu ok. 40 m. Słyszę ich głośne zachowanie i łamanie gałęzi. Wracam do samochodu z myślą o tym, iż teraz suczka musi dojść dwa dziki.
Sztucer do samochodu, wypuszczam suczkę i idziemy właściwie zobaczyć leżącego dzika, choć wydawało mi się, iż dzik strzelany przed chwila na nęcisku uszedł razem z całą watachą do lasu. I na miejscu okazuje się, że dzik faktycznie nie został w ogniu. Puszczona luzem suka po tropach watachy i chyba sfarbowanego dzika, szybko odnajduje warchlaka ok.15 m w lesie i głosi. Przecież jestem bez broni, która została w samochodzie. Podchodzę bliżej i widzę warchlaka stojącego w jałowcach, który próbuje odpędzać coraz śmielej nacierającego psa. I znowu powrót do samochodu po broń z myślą, iż trzeba wrócić i dostrzelić postrzelonego bez wątpienia warchlaka. Suka znów niestety zostawia dzika i wraca ze mną. Już z załadowanym sztucerem i biegającą suką wracam w to miejsce i okazuje się, że postrzelony dzik ruszony wcześniej przez sukę poszedł chyba po tropach za uchodzącą wataszką. Strzelonego wcześniej wycinka o wadze skupowej 86 kg „doszliśmy” razem i po wypatroszeniu został odwieziony do punktu skupu. Była już godz. ok. 3 i o normalnym spaniu raczej nie było mowy. Powrót do domu na krótki odpoczynek, kawkę i po rozwidnieniu powrót do łowiska już z kolegą mieszkającym po drodze do lasu.
Oczywiście dzika rano, czyli po kilku godzinach, doszedłem martwego po ok.500 m. Strzał jak to w nocy: kulawy sztych, przestrzelone płuca, zaczepiona wątroba i wylot kilka /3-4 cm/ poniżej stolcowej. Warchlak na skupie 28 kg po wypatroszeniu.
Dzik przestrzelony „wzdłuż” wejście kuli wysoko za łopatką, przejście przez całą tuszę. „Niestety” strzelałem wtedy
z RWS TIG 10,5 g w kalibrze 7×64 / po tym zdarzeniu zmieniłem naboje, nie strzelam już z RWS – ów /. I co tu można dodać tytułem komentarza? Myślę, że wnioski same się nasuwają.
Szanowni Koledzy, poluję intensywnie ponad dwadzieścia lat, dzików strzeliłem „tylko” ok. 100, mając zawsze psy doszedłem co najmniej drugie tyle a ile popełniłem w tej prostej, zdawałoby się sytuacji błędów /co można sądzić, rutyna czy po prostu głupota i brak wyobraźni/.
Przepraszam za chaos w opisie sytuacji i polecam polującym Kolegom ku przestrodze.
Powtarzam: naprawdę tak było.
Pozdrawiam i Darz Bór
Stanisław Purcel