„Do dwóch razy sztuka”

2038

Ruja saren w pełni. Wybrałem się na poranek do obwód nr 42 w okolice wsi Górki Sypniewo przy ruchliwej drodze krajowej. Na skraju wsi pozostawiłem auto i rozpocząłem podchód w kierunku pól. Po drodze miałem niewielki lasek a w nim suche bagienko z niewielkim wyniesieniem – małą śródleśną łąką, skrajem której miałem przejść. Ostrożnie, noga za nogą zbliżam się do łączki. Przystaję, lornetka do oczu, widzę żerujące dwie siuty a za nimi leży w trawie cap zmęczony zapewne całonocnymi harcami. Ale to jaki rogacz!

Z trawy wystaje tylko łeb zwieńczony potężnymi parostkami. Takiego rogacza jeszcze w swoim życiu łowieckim nie widziałem nie mówiąc o strzeleniu. Serce podchodzi mi do gardła. Ależ kozioł! Regularny szóstak z potężnymi odnogami i bardzo wysoki.

Kozy zareagowały pierwsze na warkot zbliżającego się ciągnika. Nie miał kiedy jechać tylko w tej dla mnie może najważniejszej łowieckiej chwili. Traktor zbliża się nieubłaganie, rogacz podnosi się, kozy już drepczą w kierunku najbliższych drzew. Jestem złożony do strzału, może i zdążę strzelić, ręce drżą ale czy ten kozioł nie za młody? Biję się z myślami, rogacz zaniepokojony ciągnie za kozami, kątem oka widzę sprawcę zamieszania. Nie decyduję się na strzał. Sparaliżowany stoję za drzewem,wzrokiem odprowadzam traktorzystę-dobrze, że nie zna moich życzeń.

Kończę podchód i z mętlikiem w głowie zdążam do domu. Opowiadam kolegom po strzelbie o wspaniałym rogaczu, jego parostkach i okolicznościach polowania. Polujący już w „Krainie Wiecznych Łowów” Krzychu tak skwitował moją opowieść: „Już go więcej nie zobaczysz, Św. Hubert dawał trzeba było brać”.

Rogacz „chodził” za mną, śnił mi się.

Końcówka sarnich godów. 18 sierpnia jadę na poranek w ten sam rejon gdzie widziałem mocarza. Sztucer na ramię, pastorał w rękę i z nadzieją w podchód. Odszedłem od auta może sto metrów może trochę dalej i widzę pod niewielkim laskiem na skraju ścierniska żeruje sarna. Lornetka do oczu, siuta powoli przemieszcza się coś skubiąc. Z zagłębienia terenu pod laskiem wynurza się kozioł. Ciągnie jeszcze za kozą, nie mam wątpliwości, że to wcześniej spotkany wspaniały rogacz. Łeb i szyja w poziomie, teraz wiem, że jest starszy niż wcześniej go oceniałem. Błyskawicznie podejmuję decyzję – strzelam. Odległość dobra, króciec w kalibrze 7×64 na pastorał, staram się wyrównać oddech aby się nie udusić z emocji. Przyspiesznik napięty i huk wystrzału mąci poranny nastrój. Koza wybiega na ściernisko, zmylona odbiciem od lasu, a kozła po paru metrach już nie widzę. Nie widzę reakcji na strzał, nie wiem w którą stronę pobiegł i jakoś szybko zniknął. Staram się uspokoić, zebrać myśli jak rozpocząć poszukiwanie.

Idę w kierunku prawdopodobnej ucieczki kozy a może i kozła. Po piaszczystej drodze trop gonny sarny ale tylko jeden. Idę skrajem lasu do miejsca gdzie stał rogacz. W niewielkim wyrobisku – dołku leży martwy już rogacz. Ależ parostki! Potęga! Ostatni kęs wkładam drżącą ręką, złom do kapelusza. Długo trzymam kapelusz na piersiach oddając hołd medalowemu.

Medal złoty otrzymały parostki na wycenie w ZO PZŁ w Łomży a międzynarodowa komisja wyceny trofeów CIC potwierdziła punktację i wyceniła je na 145.43 pkt. Złotomedalowe parostki przez 15 lat zajmowały drugą lokatę w okręgu łomżyńskim wśród trofeów sarny.

Dziękuję Ci Św. Hubercie! Dla takich chwil warto żyć i polować!

Darz Bór!
Andrzej Rumiński